sobota, 2 sierpnia 2014
Dad approved - walizka Trunki
"Ty zawsze coś wymyślisz." Tak właśnie powiedział tata jak zobaczył, że listonosz wnosi kolejną paczkę. Tym razem była to walizka.
Bo tak to już u nas jest, ja ganiam za nowościami, jaram się każdą nowinką, a on...
Konserwatysta, tradycjonalista, zawsze zostawia mnie z pytaniem - no i co, w czym to jest lepsze?
Tym razem jednak, sam przyznał, że lepsze było.
Lotnisko na Majorce jest tak duże, że chodzenie z parkingu do odprawy bagażowej, z odprawy bagażowej do paszportowej, z odprawy paszportowej do bramki odlotów to kilometry na nogach. Jakaż była taty radość, gdy najmłodszy bez cienia marudzenia po tym lotnisku się przemieszczał.
Miał przecież swój własny pojazd na kółkach. A jak skończyła się benzyna (czyli siła w nogach) to bez problemu braliśmy go na hol.
Z punktu widzenia taty to wystarczająca zaleta aby zaakceptować ten wydatek. Ba nawet się z niego cieszyć. A, że Myszor miał pod ręką (w samolocie nawet pod stopą) wszystkie swoje zabawki, poduszeczkę, zapas mokrych chusteczek i zestaw przekąsek do pochrupania, to tylko taki dodatek.
I nie, niestety nikt nam za to nie zapłacił. Przeciwnie, to my płaciliśmy za to cudo. Ale dzielę się swoją opinią, bo to naprawdę fajny gadżet.
Tym samym rozpoczynam nowy cykl pt "Dad approved" w którym pokazywać będę wam tych kilka rzeczy, na które tata żałował pieniędzy tylko do czasu aż przekonał się, że było warto. Niestety nie spodziewajcie się jednak często wpisów z tego cyklu, bo wiecie... konserwatystę ciężko przekonać.
Follow my blog with Bloglovin
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)