czwartek, 16 stycznia 2014

Dobrego dnia złe początki

Moje dzieci się starają, naprawdę się starają.
Cóż, kiedy im nie wychodzi....

Rano pobudka, wychodzenie z łóżka trwa i trwa. Ilość moich "Wstawać leniuchy" niezliczona. Wchodzę powoli na wyższe rejestry. Spokojnie. Ja też się staram, więc wkurzenie nr 1 rekompensuję głębokimi oddechami.


Śniadanie, jest, zeszli w końcu, wreszcie i nareszcie. Mysza nawet buzią rusza, ale niestety nie tylko. W ruch poszły też nogi, ręce i Bóg wie co jeszcze. Pozycja raz, pozycja dwa i nagle... bitwa na nogi. Myszor szczęśliwy, tyle że nie je. Ja natomiast zupełnie nieszczęśliwa. Ba, rzekłabym, że oddechy przestają pomagać. Szybko rozdzielam towarzystwo i karmię Juniora.

Ubieranie, Myszę wszystko ciśnie gryzie i uwiera. Rajstopy przeszkadzają, spodnie cisną a sweter grzeje. Przezornie nie wchodzę do pokoju. Mina Myszy jest w stanie zniweczyć moje dotychczasowe starania.
Ale przecież miała się starać. Dzielnie więc walczy z tekstylnym potworem... do czasu. W poczuciu beznadziei pada na podłogę z rajstopami do kolan i wrzeszczy.
Myszor jak zwykle wygłupia się i zakłada spodnie na głowę.
Zaczynam krzyczeć, przecież nie mam nerwów ze stali.

Mycie, o rany Myszor chce kupę. Niby drobiazg, tylko nie wiecie, że aby wykonać tą prostą czynność fizjologiczną trzeba się rozebrać, do naga (!). Po jaką cholerę go ubierałam. Do tego trzeba sobie nad wodą posiedzieć. Tak z 15 minut. A przecież za 15 min mamy być w szkole.
Łapię się na tym, że zaczynam krzyczeć, że on potrzebuje. Ostatkiem sił znajduję w sobie resztki zdrowego rozsądku.
Może by się udało, ale Mysza tymczasem podczas mycia zębów uderzyła się w "ruchomy" ząb. Każdy wie, że to doskonały powód do płaczu i awantury. Bo przecież leci krew. A jak leci to musi boleć, nawet jeżeli nie boli.

Po czterokroć wkurzona zaczynam czesać Myszy włosy. Wkurzam się raz kolejny, bo Mysza płacze, że boli. Im bardziej płacze tym bardziej się wkurzam, a im bardziej się wkurzam, tym bardziej ciągnę, a im bardziej ciągnę....
Tak spirala nieszczęść osiąga apogeum.

Wychodzimy, tylko Mysza zapomniała plecaka z pokoju, Myszor uparł się na inną kurtkę a na dworze, zamiast zająć miejsce w samochodzie lepiej porzucać się śnieżkami....
Już nic nie mówię, nawet krzyczeć siły nie mam. Odpalam silnik i cierpliwie czekam.
Do szkoły oczywiście się spóźniamy.

Follow my blog with Bloglovin

10 komentarzy:

  1. A u mnie odwrotnie, syn budzi się jak dla mnie często za wcześnie, leżenie w łózko to nie dla niego. Przychodzi do mnie pełen energii, a ja najchętniej bym jeszcze pospała... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, w weekendy też budzą mnie za wcześnie ;)

      Usuń
  2. każdy czasem ma taki start, lub inne bolączki ot nasz muminkowy świat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę pocieszające, u nas to niemal norma

      Usuń
  3. hehe i pomyśleć że to wszystko dopiero przede mną synek ma 2 latka i jeszcze nie ma rodzeństwa. a śpioch już z niego teraz straszny. jak trzeba coś na rano wyjść to ciężko go dobudzić. a co to będzie jak będzie pora do przedszkola wstawać? ojej... pozdrawiam ciepło i wytrwałości życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, wytrwałość na pewno się przyda ;)

      Usuń
  4. Ja włączam rano bajkę i jest w miarę spokój:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żartujesz? Jak bym włączyła bajkę to byśmy nigdy z domu nie wyszli

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze, jest mi bardzo miło.

Bardzo Was proszę jednak o nie umieszczanie w treści komentarza jakichkolwiek linków reklamowych. Wszystkie podlinkowane komentarze zostaną usunięte (chyba, że link dotyczyć będzie merytorycznie komentowanego wpisu).
Dziękuję za wyrozumiałość.